sobota, 1 kwietnia 2017

CALendarz marcowy



W marcu, jak w garncu - tak mówią. I coś w tym jest, bo u mnie w marcu tak duzo się działo. I tak wiele różnych emocji! Od euforii, bo duży stres... I trochę to widać w moim CALendarzu...

March is a month with so many differences. This year it was like that too. So much was going on. I think you can see it in my CALendar...




Pierwszy tydzień właściwie w całości minął mi w... łóżku! A to z powodu choroby. Nie pamiętam już kiedy tak bardzo mnie rozłożyło, że jedyne na co miałam ochtę to leżeć... Ale chyba było mi to potrzebne. Tak sobie myślę, że każda choroba to sygnał od naszego organizmu, że po prostu trzeba zwolnić, zająć sie sobą...

Almost whole first week of March I've spent in my bad, as I was sick! But you know - I think that every sickness like that is a signal from our body. It says: slow down, take care about yourself...



Potem było kilka dni na drobne przyjemności. A to na lakier do paznokci, a to na kawę w ulubionej kafejce. I jeszcze Dzień Kobiet, z okazji którego powstał specjalny artjournalowy wpis...

Then there were some little pleasures: coffe in my beloved cafe, book reading, nail polish... And a Women Day - I've made a special artjournal page...




Druga połowa marca upłynęła pod znakiem capoeiry. Warsztaty były, z których wyszliśmy mocno zmotywowani. I... z dwoma berimbau;) (niestety nie jestem w stanie narysować tego instrumentu, może kiedyś pokażę Wam na jakimś srapie, czy coś...).

The second half of March was connected with capoeira. There was a workshop and we bought two berimbaus...



Końcówka marca miała być czasem relaksu - Wiktor wyjechał, a ja miałam mieć chwilę dla siebie. W rezultacie kursowałam między domem, gdzie racowała ekipa remontowa, jedną babcią, której trzeba codziennie kontrolować poziom cukru i drugą babcią, która w tym czasie trafiła do szpitala. I tylko cudem w tym wszystkim udąło mi się znaleźć chwilę na relaks przy pysznej kawie...

The end of March was to be a relaxation time - Wiktor was on a trip. But... I almost didn't have time for myself... That was a really hard time, with grandma in a hospital...;(



Stresujący był dla mnie ten marzec. Ale i mocno motywujący. Gdyby nie ta końcówka, byłoby naprawdę baaardzoo przyjemnie. Mimo wszystko udało się jednak znaleźć czas na drobne przyjemności...

March was very stressful. But... it was always very nice. And I've managed to find some few moments for myself only;)



A CALendarzem chwalę się oczywiście w ramach całorocznej zabawy na blogu UHK.

http://uhkgallery-inspiracje.blogspot.com/search/label/CALendarz

4 komentarze:

  1. Jaki ładny kolor lakieru! podoba mi się relaks przed remontem,tak to właśnie przebiega, a choroba miała być na początku m-ca, bo potem na nią nie było czasu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ślicznie to wygląda i słodko nawet, chociaż wcale słodki ten miesiąc nie był u Ciebie - ale faktyczne, takie pochorowanie po prostu czasem jest człowiekowi potrzebne, wyleżeć się, wyspać... Oby było więcej zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeju, faktycznie mocno intensywny miesiąc. A choroby są straszne, oby już limit na nie się wyczerpał :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzę, że też relaksowałaś się przy klockach LEGO, podobnie jak ja :) Super ta babeczka czytająca książkę :)

    OdpowiedzUsuń